You are currently viewing Szkoła to nie życzeniomat #szkołaodkuchni

Szkoła to nie życzeniomat #szkołaodkuchni

Szkoła to nie plac zabaw

Nikt nie mówi lekarzowi: „Rozumiem, że operacja jest zaplanowana na wtorek, ale teraz są najlepsze ceny wyjazdów, więc zróbmy ją za trzy tygodnie”. Nikt nie oczekuje od architekta, że wyda zgodę na budowę basenu na dachu, bo jeden z lokatorów wpadł na taki pomysł. W większości dziedzin życia przyjmujemy, że istnieją procedury, standardy i wiedza ekspercka, których laik może nie rozumieć, ale powinien respektować.

W szkole dzieje się coś odwrotnego.

Ponieważ szkoła zajmuje się dziećmi, jej funkcjonowanie często interpretowane jest przez pryzmat zabawy, a nie zasad działania instytucji publicznej. Prowadzi to do swoistej infantylizacji szkoły – traktowania jej nie jako profesjonalnego środowiska edukacyjnego, lecz usługi, którą można dowolnie dostosowywać do bieżących potrzeb. Widać to w wielu obszarach

Szkoła do negocjacji

Formalnie obowiązek szkolny jest jednym z podstawowych obowiązków obywatelskich. W praktyce coraz częściej traktowany jest jak sugestia.

Rodzice bez większych oporów organizują kilkutygodniowe wyjazdy w czasie roku szkolnego, oczekując, że szkoła po prostu się do tego dostosuje. Nauczyciele mają przygotować zakres materiału, umożliwić zaliczenia po powrocie i bez protestów zaakceptować argument: „bo mnie nie było”. Rzadko pojawia się pytanie o edukacyjne konsekwencje opuszczenia kilkunastu czy kilkudziesięciu dni nauki.

Podobnie dzieje się z wymaganiami. W wielu środowiskach oczywiste jest, że certyfikat czy kwalifikacje otrzymuje się po spełnieniu określonych kryteriów. W szkole coraz częściej dyskusji podlega nie sposób pomocy uczniowi w ich osiągnięciu, ale samo prawo szkoły do stawiania wymagań.

Również czas przeznaczony na edukację bywa traktowany jako coś, czym można swobodnie dysponować. Lekcje, projekty, wyjścia edukacyjne czy przygotowania do egzaminów przegrywają z treningami, wyjazdami i rodzinnymi uroczystościami. „To tylko muzeum”, „to tylko projekt”, „to tylko jedna praca” – jakby szkolny czas nie miał żadnej wartości, a powstałe luki nie wpływały na proces uczenia się.

Profesjonalizm podważany codziennie

W debatach o edukacji wyjątkowo łatwo pomija się fakt, że nauczyciel wykonuje zawód oparty na specjalistycznej wiedzy. Pedagogika, psychologia rozwojowa, dydaktyka przedmiotowa, pomiar dydaktyczny czy prawo oświatowe to rozległe dziedziny wymagające przygotowania zawodowego.

Mimo to decyzje nauczycieli często traktowane są jak prywatne opinie, którym można przeciwstawić własne przekonania. Sam fakt, że ktoś kiedyś był uczniem, bywa uznawany za wystarczającą kwalifikację do oceniania pracy szkoły. Trudno znaleźć inną profesję, w której doświadczenie klienta tak często uznawano by za równorzędne z przygotowaniem zawodowym.

Podobnie dzieje się z procedurami. W większości zawodów ich przestrzeganie świadczy o profesjonalizmie. W szkole często interpretuje się je jako brak elastyczności. Termin oddania pracy, zasady poprawy ocen, procedury klasyfikacyjne czy wymogi bezpieczeństwa podczas wycieczek bywają traktowane jak osobiste decyzje nauczyciela, które można zmienić odpowiednio długą rozmową.

Tymczasem procedury służą nie tylko egzekwowaniu wymagań wobec uczniów, ale także organizacji pracy szkoły. Gdy nauczyciel zakończył sprawdzanie prac, wpisał oceny i uzupełnił dokumentację, powrót do pojedynczego przypadku oznacza konieczność ponownego otwierania całego procesu. Problemem nie jest więc sama spóźniona praca, lecz przekonanie, że organizację pracy nauczyciela można bez końca podporządkowywać kolejnym wyjątkom.

Czas na powagę

Być może najciekawszy aspekt tego zjawiska polega na tym, że o edukacji rozmawiamy przede wszystkim językiem emocji, a znacznie rzadziej językiem wiedzy. Dyskutujemy o tym, czy coś jest „miłe”, „przyjazne”, „stresujące” lub „przykre”. Znacznie rzadziej pytamy, czy jest skuteczne, zgodne z wynikami badań oraz wspiera rozwój ucznia. Jakby sama obecność dzieci sprawiała, że szkoła przestaje być obszarem profesjonalnej działalności i staje się przestrzenią dobrych intencji oraz indywidualnych odczuć.

A przecież szpital dziecięcy nie jest zabawą w leczenie. Sąd rodzinny nie jest zabawą w wymiar sprawiedliwości. Tak samo szkoła nie jest zabawą w edukację.

To jeden z największych paradoksów współczesnej debaty o edukacji. Z jednej strony powtarzamy, że szkoła jest fundamentem przyszłości i od jej jakości zależy rozwój społeczeństwa. Z drugiej strony traktujemy ją z mniejszą powagą niż większość innych instytucji publicznych. Kwestionujemy jej procedury, negocjujemy decyzje i oczekujemy, że będzie dostosowywać się do naszych indywidualnych potrzeb.

Jeżeli naprawdę zależy nam na dobrej edukacji, pierwszym krokiem nie powinna być kolejna reforma, lecz uznanie, że szkoła jest instytucją profesjonalną. Tak jak od lekarza oczekujemy wiedzy medycznej, a od inżyniera wiedzy technicznej, tak od nauczyciela mamy prawo oczekiwać wiedzy pedagogicznej. Uznanie profesjonalnego charakteru szkoły oznacza jednak nie tylko stawianie takich oczekiwań, ale również szacunek dla wiedzy, procedur i decyzji, które z tej wiedzy wynikają.

Jeśli po lekturze tego tekstu masz poczucie, że ktoś nazwał coś, co od dawna chodziło Ci po głowie – możesz postawić mi symboliczną kawę. To drobny gest, który pomaga mi tworzyć kolejne teksty dla osób, które chcą myśleć o edukacji mądrzej, odważniej i bez uproszczeń

Postaw kawę dla Edukacja 4.0 na buycoffee.to

Dodaj komentarz