Quo vadis z archiwum

Czarna dziura archiwum

Archiwum ma chyba każdy polonista. U mnie  jest to ogromna szafka, w której w grubych segregatorach zalegają tony materiałów, a ja wciąż nie mogę się zebrać, by zrobić w nich porządek i stworzyć w końcu archiwum cyfrowe.  Jeśli sądzicie, że nastąpił przełom – nic z tych rzeczy. Nawet upierdliwe siedzenie w domu i niewielka liczba zajęć, którym mój organizm jest w stanie sprostać, nie są w stanie zmobilizować mnie do otwarcia tej niewinnie wyglądającej puszki Pandory.  Papiery w segregatorach to zło.  A archiwum to czarna dziura, w którą lepiej nie wpadać. Wie to każdy, kto próbował kiedyś uporządkować zbierane latami dokumenty. 

By zajrzeć do archiwum, trzeba mieć naprawdę ważny powód. Moim była koleżanka, która poprosiła o jakiś test z nietypowymi zadaniami. Od razu pomyślałam o mojej szafce i odjechanych pracach klasowych, którymi męczyłam  gimnazjalistów – wiecie, te zadania z serii „młodej, ambitnej polonistce się nudzi”.  No więc ostrożnie otworzyłam szafkę, wyjęłam konspiracyjnie segregator z napisem pozytywizm i…utonęłam na kilka godzin, przeglądając stare materiały.  

Przygotowanie pedagogiczne

Szukając nietypowych zadań, natknęłam się na materiały, które przygotowywałam na samym początku swojej kariery zawodowej – 21 lat temu. Byłam nieopierzoną studentką ostatniego roku polonistyki. Podobno ukończyłam specjalizację nauczycielską, ale nie ma się co oszukiwać – nie miałam bladego pojęcia o pracy w szkole, metodyce, a nawet istnieniu takiego dokumentu jak podstawa programowa.  Zajęcia z pt. metodyki nauczania były kolejnymi godzinami poświęconymi na typowo lingwistyczną analizę treści z gramatyki i literatury. No i oczywiście pisanie konspektów. Nie żeby ktoś się przejmował jakimiś celami i  metodami. Dostaliśmy szablon i trzeba było rozpisać kilka lekcji wg podanych rubryk. Ale po co i dlaczego tak? Czemu to miało służyć?  Tego nigdy się nie dowiedziałam. Potem jeszcze odfajkowaliśmy egzaminy, będące raczej sprawdzianem wiedzy literackiej i językowej niż pedagogicznej i wio! Można uczyć w szkole. 

Zaskoczenie

Możecie sobie wyobrazić, co znalazłam w archiwum. Oczywiście, konspekty i całą masę opisów form, metod i celów „od czapy”.  Jakieś „fazy lekcji”, jakieś skrupulatnie zaplanowane ćwiczenia – mnóstwo zmarnowanego papieru, którego wymagał wtedy  system od nauczyciela – stażysty.  W tej całej masie chłamu odkryłam jednak coś, o czym chyba trochę zapomniałam. Dar od Boga. Wyobraźcie sobie, że po tak „wspaniałym” przygotowaniu pedagogicznym, wrzucona w system konspektów, podręczników i uczenia od …do… w każdym scenariuszu lekcji coś przemycałam i kombinowałam. Zaczynając od pracy na zaliczenie metodyki literatury, której o mały włos nie oblałam za połączenie w jedną lekcję biblijnego opisu stworzenia świata (z podręcznika) z utworem Stachury Narodziny świata, którego w książce nie było… 

Wśród  masy śmieciowych notatek odkryłam lekcję, która powstała w 2000 r., kiedy to na antenie tv pojawił się Świat wg Kiepskich i totalnie zafascynował moich uczniów. Co zrobiła nieopierzona nauczycielka? Połączyła komercyjny serial z Zemstą Fredry i obrazem sąsiada, wyłaniającym się z cytatów i przysłów.  

Moi uczniowie, w systemowej szkole przełomu wieków, samodzielnie przygotowywali  mini prace naukowe w ramach tzw. pracy rocznej z przedmiotu. Ktoś robił prezentację o manipulacji na bazie Orwela, ktoś inny badał językowy obraz świata, ktoś zajmował się przygotowaniem interdyscyplinarnej wystawy inspirowanej Balladyną. Na długo zanim w polskiej edukacji przyszła moda na metody aktywizujące i projekty.

Wykopalisko

W moim zakurzonym archiwum znalazłam dziś coś, czym chciałabym się z Wami podzielić – zadania do projektu z Quo vadis, który robiłam ze swoimi klasami w pierwszym (!) roku mojej pracy zawodowej.  Oczywiście już nie pamiętam, jak były wykorzystane te zadania (konspektu nie znalazłam), jednak nadal mogą być one inspiracją do poszukiwań interdyscyplinarnych połączeń. Chociaż dzisiaj pewnie zrobiłabym taki projekt inaczej, nie mogę się nadziwić swojej ówczesnej intuicji.  W czasach, gdy szczytem innowacji było przyniesienie kserówki na lekcję, moi uczniowie robili samodzielny projekt lekturowy, pracowali zespołowo, wyszukiwali informację w różnych  źródłach przytarganych z biblioteki, wykorzystywali wiedzę z innych przedmiotów na polskim, szukali połączeń. Uczyli się w sposób, który dziś dopiero zaczyna wchodzić do wielu szkół. 

QUO VADIS – interdyscyplinarnie_ MATERIAŁ  [kliknij link]

Dodaj komentarz