You are currently viewing Humanista w erze algorytmów

Humanista w erze algorytmów

Czym różni się humanista od balkonu?
Balkon potrafi utrzymać rodzinę.  

A co robi humanista po studiach?  
Pyta: „Czy frytki do tego?”.  

Takich tekstów można znaleźć w sieci tysiące.  Czy są one tylko wyrazem odwiecznego antagonizmu ścisłowców i humanistów? Stereotypem? Gdy przyjrzymy się bliżej edukacji humanistycznej, okazuje się, że pod niewinnym żartem kryje się nie tylko smutna prawda o szkole, ale także o szerszym kryzysie społeczny.

Kto idzie na human? Tuman.

W polskiej edukacji funkcjonuje nieformalna, ale wyjątkowo trwała hierarchia. U jej szczytu znajdują się profile matematyczno-fizyczne, biologiczno-chemiczne, klasy dwujęzyczne. Są to programy kojarzone z wysokimi progami punktowymi, rywalizacją rekrutacyjną i ścieżkami prowadzącymi do zawodów postrzeganych jako bezpieczne ekonomicznie. Znacznie niżej plasują się profile humanistyczne, które często nie są wyborem aspiracyjnym. Ktoś „idzie na human”, bo: „nie dostał się gdzie indziej”, „nie chce matematyki”, „to będzie łatwiejsze”.  

O kryzysie klas humanistycznych pisała niedawno Polonistka – ambitnie.  Autorka świetnie uchwyciła to, co obserwujemy na co dzień w szkołach, co słyszymy w rozmowach z rodzicami i uczniami. Nie zgodzę się tylko z jednym, że ten kryzys pojawił się ostatnio. Moim zdaniem budowaliśmy go od dekad, a ostatnio doświadczamy skutków zaniedbań.

Kończyłam klasę humanistyczną  w prestiżowym warszawskim LO. Kiedyś wydawało mi się, że to był mój wybór. Jednak  gdy patrzę na to z dystansu, widzę, że już wtedy opierałam swoje decyzje o selekcję negatywną.  Ktoś we wczesnej podstawówce „udowodnił” mi, że jestem (cytuję) „głąb matematyczny”. I nie miało znaczenia, że pod koniec SP miałam na koncie konkursy matematyczne i wiedzę daleko przekraczającą program. Przekonanie zostało. Moja rodzina także nie bardzo wierzyła w moje predyspozycje do przedmiotów ścisłych. Często słyszałam, „przecież ty jesteś humanistka. Nie zrozumiesz”. Pół życia udowadniałam, że human to nie tuman, choć pięknie się rymuje.

Kończyłam  LO w czasach, gdy matura z matematyki nie była obowiązkowa. Już wtedy reakcją na ten profil klasy było lekceważące machnięcie ręką i tekst „aha, przecież to human” . Każdy matematyk trafiał do nas jak na zsyłkę, fizyk uczył biografii wielkich badaczy, a chemik – przetrwał jakoś te dwa lata, nie angażując się zbytnio w kwestie równań.

Po tak prowadzonej edukacji „humanistycznej” wiele ścieżek zawodowych zatrzasnęło się przede mną z hukiem. Chcąc nie chcąc trzeba było wybrać kierunek humanistyczny. Tu już wyboru nie było.

I oczywiście, nie ma co porównywać tamtego humana z dzisiejszym. Wtedy nawet jak trafiłeś tam przypadkiem, to wychodziłeś humanistą. Prestiżowa szkoła w dużym mieście  oraz „zamordyzm stosowany” dawały radę „uczłowieczyć”.  A jak nie – dostawało się „uprzejmą propozycję” zmiany szkoły. Dziś w dobie praw, ochrony i niżu demograficznego, klasy humanistyczne zasilają osoby z niezbyt rozbudowanym zacięciem do zgłębiania meandrów humanistyki. 

Homo universalis

Współczesne, potoczne rozumienie humanisty bywa zaskakująco ubogie. To ktoś „dobry z polskiego”, lubiący czytać, być może piszący poprawne teksty, przeważnie  lokowany po przeciwnej stronie barykady niż „ścisłowiec”. Stereotypowo to także ktoś, kto nie ma pomysłu na siebie, nie pojmuje,  czym jest STEAM i ogólnie mówiąc jest niezbyt rozgarnięty życiowo. Kiedy jednak zajrzymy do słownika synonimów, okazuje się, że ten sam humanista staje się człowiekiem wielkiego  umysłu [badaczem, człowiekiem intelektu, człowiekiem kultury, człowiekiem nauki,  eksperymentatorem, erudytą, filozofem, intelektualistą, mędrcem, myślicielem, naukowcem, poszukiwaczem, uczonym].

Gdy spojrzymy na historyczne źródła słowa humanista dotrzemy do ideału homo universalis, który wyrażał przekonanie, że  edukacja powinna rozwijać człowieka wszechstronnie: intelektualnie, moralnie, społecznie i obywatelsko. Stąd już niedaleko do antycznego modelu nauki opartego na septem artes liberales, który ten holistyczny rozwój utrwalał.

W tym sensie humanista to raczej architekt rozumienia świata niż strażnik konkretnego wycinka rzeczywistości. Humanistyka nie stoi bowiem w opozycji do nauk przyrodniczych czy matematycznych. Ona ma je w sobie.  Jest przestrzenią refleksji nad człowiekiem i jego  szeroko pojętym kontakcie ze światem, bo  nic co ludzkie nie jest nam obce.

Gdy zestawimy stereotypy narosłe wokół edukacji humanistycznej i jej historyczne źródła gołym okiem widać, że…coś nam się pomyliło. Gdzieś po drodze popełniliśmy błąd i uznaliśmy humanistów za dodatek do rzeczywistości. Tymczasem to właśnie edukacja humanistyczna jest jednym z najważniejszych narzędzi orientacji w świecie wysokiej złożoności. A w takim właśnie żyjemy.

Paradoks ślepej uliczki

Tymczasem, co robi polska szkoła? Komunikuje coś przeciwnego.

Profil humanistyczny nie jest dziś przedstawiany jako przestrzeń rozwijania szerokich kompetencji interdyscyplinarnych. W praktyce bywa redukowany do konfiguracji kilku przedmiotów rozszerzonych, zwykle języka polskiego, historii, wiedzy o społeczeństwie, osadzonych w silnie akademickim modelu treści. Rozszerzony język polski w obecnym kształcie przypomina kurs studencki: intensywna teoria literatury,  długa lista tekstów, historycznoliteracka chronologia. W rezultacie humanistyka szkolna przestaje oznaczać szeroką edukację o człowieku i świecie, a staje się wąską specjalizacją.  Jeśli system przedstawia ją jako niszową, teoretyczną ścieżkę dla przyszłych filologów, sam ogranicza jej atrakcyjność i społeczny sens.

Zawód: humanista

Coraz częściej słyszymy, że klasy humanistyczne to przestrzeń „negatywnej selekcji” i trafiają tam uczniowie przypadkowi, słabsi, ci, którzy nie dostali się na bardziej prestiżowe profile.  To interpretacja zrozumiała z perspektywy codziennego doświadczenia nauczycieli, ale zbyt powierzchowna jako diagnoza systemowa.

Niższe progi rekrutacyjne nie są prostym wskaźnikiem jakości kandydatów. Znacznie trafniej pokazują sposób, w jaki wyceniamy różne ścieżki. Jeśli kierunki STEM są postrzegane jako bardziej opłacalne, a humanistyka jako mniej konkretna zawodowo, decyzje uczniów i rodziców będą odzwierciedlały właśnie tę logikę. Jeżeli od lat komunikujemy młodym ludziom, że prawdziwe bezpieczeństwo zawodowe daje matematyka, technologia i kierunki ścisłe, trudno się dziwić, że tam kieruje się największy popyt.

W tym porządku humanistyka przegrywa nie dlatego, że jest mniej potrzebna, lecz dlatego, że jej wartość trudniej zamknąć w prostych, ekonomicznych kategoriach. „Lekarz”, „informatyk” czy „inżynier” niosą ze sobą natychmiastowe skojarzenia z konkretną, stabilną ścieżką kariery. Humanista już niekoniecznie.

Paradoks ścieżki zawodowej

Tymczasem właśnie to wyobrażenie o stabilnej, linearnej karierze coraz słabiej przystaje do rzeczywistości. Przygotowywanie młodego człowieka do jednego zawodu wykonywanego przez kolejne  dekady jest dziś raczej nostalgią za rynkiem pracy, którego już nie ma, niż realistyczną strategią edukacyjną. Dzisiejsi młodzi ludzie będą wielokrotnie zmieniać nie tylko miejsca zatrudnienia, ale również role zawodowe. Część profesji, w których ostatecznie znajdą pracę, jeszcze nawet nie powstała.

To zresztą dobrze pokazują analizy dotyczące kompetencji przyszłości. W świecie automatyzacji i sztucznej inteligencji bardzo szybko dezaktualizuje się tzw. „twarda” wiedza, natomiast rośnie znaczenie kompetencji: krytycznego myślenia, komunikacji, umiejętności interpretowania złożonych informacji, pracy z niejednoznacznością, rozumienia kontekstu społecznego i kulturowego, adaptacyjności czy twórczego rozwiązywania problemów.

I właśnie tutaj pojawia coś, co burzy prosty podział na „praktyczne” profile ścisłe i „mało użyteczne” humanistyczne. Przyszłość rynku pracy będzie wymagała przede wszystkim elastyczności poznawczej i poruszania się między różnymi domenami wiedzy. Zatem to kompetencje rozwijane przez dobrze rozumianą edukację humanistyczną stają się strategicznym zasobem.

Paradoks polega więc na tym, że profil humanistyczny uznawany jest za „niepraktyczny” dokładnie w tym momencie, gdy świat zaczyna najbardziej potrzebować kompetencji, które rozwija.

.

Paradoks STEM

Współczesna rozmowa o edukacji często budowana jest wokół prostego założenia: skoro przyszłość należy do technologii, szkoła powinna przede wszystkim rozwijać kompetencje techniczne. W takim kontekście  humanistyka  jawi się jako obszar wartościowy kulturowo, ale pragmatycznie drugorzędny.

To myślenie wydaje się logiczne, dopóki nie przyjrzymy mu się bliżej.

Rzeczywiście, trudno wyobrazić sobie dziś uczestniczenie w rynku pracy bez sprawności cyfrowej, rozumienia technologii czy gotowości do współpracy z systemami opartymi na sztucznej inteligencji.  Jednak kompetencją kluczową wcale nie jest opanowanie technologii, ale  przede wszystkim zdolność adaptacji. A ta wymaga kompetencji znacznie bardziej złożonych.

Przekonanie o dominacji umiejętności STEM wyrasta w dużej mierze z uproszczonego obrazu rynku pracy.  Automatyzacja nie zmienia go dlatego, że eliminuje ludzi. Przejmuje tylko zadania przewidywalne, powtarzalne i proceduralne. Im skuteczniej technologia radzi sobie z tym, co rutynowe, tym większej wartości nabierają kompetencje trudne do zautomatyzowania: interpretacja, rozumienie kontekstu, negocjowanie znaczeń czy etyczne rozstrzyganie złożonych dylematów. Nowoczesne środowisko pracy coraz rzadziej potrzebuje wyłącznie wysoko wyspecjalizowanych ekspertów technicznych funkcjonujących w oderwaniu od szerszego kontekstu społecznego. Coraz częściej szuka ludzi zdolnych poruszać się pomiędzy różnymi porządkami wiedzy.

Projektowanie technologii wymaga rozumienia użytkownika. Analiza danych potrzebuje wiedzy o ograniczeniach interpretacyjnych i konsekwencjach błędnych wniosków. Zarządzanie zmianą opiera się na kompetencjach psychologicznych, społecznych i komunikacyjnych. Nawet rozwój sztucznej inteligencji nie jest wyłącznie problemem technologicznym, gdyż zawiera w sobie pytania o odpowiedzialność, władzę, etykę i społeczne skutki automatyzacji.

Nie należy zatem pytać, czy humaniści przetrwają w świecie przyszłości, ale czy przyszłość poradzi sobie bez humanistów.

.

Człowiek, humanista, obywatel

Na tym tle jeszcze wyraźniej widać problem polskiego systemu edukacji. Szkoła nadal działa według logiki wczesnej specjalizacji, zakładającej, że uczeń powinien możliwie szybko określić swoją przynależność do jednej z dwóch wspólnot: „ścisłowców” albo „humanistów”. Taki model mógł wydawać się funkcjonalny w świecie bardziej przewidywalnym, z wyraźniejszym podziałem zawodowym i stabilniejszymi ścieżkami kariery. W XXI wieku staje się jednak coraz mniej sensowny.

Współczesne problemy nie respektują granic między dyscyplinami. Kryzys klimatyczny nie jest wyłącznie problemem nauk przyrodniczych,  transformacja cyfrowa to nie tylko domena inżynierii, a polaryzacja społeczna nie dotyka jedynie polityki. Każde z tych zjawisk wymaga jednocześnie rozumienia wielu obszarów i złożonych zależności systemowych.

 

A jednak polska szkoła nadal w dużej mierze organizuje myślenie uczniów tak, jakby świat dawał się podzielić na osobne, szczelne obszary kompetencji. I nie mówimy tu już o kryzysie klas humanistycznych, ale całego systemu. Jeśli edukacja ma przygotowywać do życia w złożonym świecie, profil humanistyczny nie może być marginalnym dodatkiem do oferty szkoły ani opcją dla tych, którzy „nie lubią matematyki”.  Musi stać się fundamentem systemu kształcenia. Nie tylko ze względu na umiejętności cenione na rynku pracy, ale przede wszystkim na kompetencje obywatelskie. Demokratyczne społeczeństwo potrzebuje obywateli, którzy nie tylko konsumują informacje, ale potrafią je analizować i osadzać w szerszym kontekście społecznym oraz historycznym. Ludzi zdolnych odróżnić argument od manipulacji i świadomie uczestniczyć w życiu publicznym. W epoce dezinformacji, algorytmicznego wzmacniania emocji i kryzysu zaufania społecznego są to kompetencje nieocenione..

Szkoła od lat pokazuje młodym ludziom  karykaturę humanistyki. Jeśli humanista kojarzy się dziś z kimś „od frytek”, to nie dlatego, że refleksja nad człowiekiem straciła znaczenie. Raczej system edukacji zdołał przekonać całe pokolenia, iż myślenie, rozumienie świata i kompetencje obywatelskie są mniej wartościowe niż to, co da się łatwo wpisać w tabelkę zysków. A to już nie jest kryzys humanistyki. To kryzys naszej wyobraźni społecznej.

Jeśli ten wpis był dla Ciebie ważny

Jeśli po lekturze tego tekstu masz poczucie, że ktoś nazwał coś, co od dawna chodziło Ci po głowie – możesz postawić mi symboliczną kawę.
To drobny gest, który pomaga mi tworzyć kolejne teksty dla osób, które chcą myśleć o edukacji mądrzej, odważniej i bez uproszczeń

Postaw kawę dla Edukacja 4.0 na buycoffee.to

Dodaj komentarz