You are currently viewing Systemowy problem, którego nikt nie chce nazwać #szkołaodkuchni

Systemowy problem, którego nikt nie chce nazwać #szkołaodkuchni

Niewidzialny człowiek systemu

To nie jest kolejny tekst o edukacji, ale o człowieku, który dźwiga system. Kolejni ministrowie (i ministry) edukacji  bardzo lubią mówić o uczniach – o ich emocjach, potrzebach, kryzysach. Na każdym kroku słyszymy, że trzeba wspierać młodych ludzi, że potrzebują coraz więcej uważności, relacji i bezpieczeństwa. Wszystko to prawda. Przecież szkoła nie istniałaby bez uczniów.  W tej całej idylli wspomagania, zapominamy tylko o jednym podstawowym problemie: w centrum tego systemu stoi pojedynczy człowiek. Nauczyciel. I coraz częściej stoi tam na granicy, a nawet już za nią. Tę przestrzeń medycyna nazywa bez większej poezji DEPRESJĄ.  ,

O problemie zjawiska depresji wśród nauczycieli pisałam w 2021 roku [TUTAJ]. Od tamtej pory nie tylko nic się w tym temacie systemowo nie zadziało, ale wręcz sytuacja się pogorszyła. 

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść

Od wielu lat obserwuję edukację od kuchni, jestem w centrum tego cyklonu. Szkoła już dawno przestała być stabilnym gruntem, którego tak bardzo potrzebujemy, by się uczyć i rozwijać. Rozmyły się ramy, niezbędne każdemu procesowi, zwłaszcza, gdy jego odbiorcą jest żywy, młody organizm. Bardziej przypomina to teraz kipiącą zupę, do której z każdej strony dorzucane są nowe składniki – przepisy pojawiające się nagle, zmiany podstaw programowych, przekształcenia egzaminów, kolejne obowiązki. Ma się wrażenie, że tę zupę gotuje  co najmniej sześć różnych kucharek i każda z nich ma inny zamysł. Mało tego, każdej się spieszy i coraz bardziej podkręca palnik. A nauczyciel ma sprawić, by to wszystko jakoś się ze sobą połączyło, nie wykipiało i nie przypaliło się.  O smaku już dawno wszyscy zapomnieliśmy. 

JCZK - Jednoosobowe Centrum Zarządzania Kryzysem

Nauczyciel ma być uważny, widzieć emocje, reagować na kryzysy. Jego obowiązkiem jest wspierać, różnicować, indywidualizować proces edukacyjny 25 osób jednocześnie w 45 minut. Powinien wszystkich nauczyć, w tym oczywiście uczniów z SPE i obcokrajowców. Najlepiej wyłącznie na lekcjach i jednocześnie. Do jego zadań należy zarządzanie dynamiką grupy, budowanie relacji, reagowanie na kryzysy od zadrapanego kolana na boisku po próbę samobójczą w toalecie.  Do tego oczywiście rozliczony zostanie z realizacji podstawy programowej, wyników egzaminów, pracy w zespole przedmiotowym, udziału w projektach szkolnych, prowadzenia koła zainteresowań, zaangażowania we wszelkiego rodzaju „szkolne wodotryski” typu Dzień Patrona, Misia, Skarpetki. Aha, no i jeszcze obowiązkowo musi się szkolić – najczęściej w obszarach, które totalnie nie są mu potrzebne.  Nauczyciel ma także zajmować się profilaktyką, nadążać za gnającym z prędkością światła rozwojem technologii, dzielić się swoimi doświadczeniami z innymi, ogarniać rady pedagogiczne, zebrania z rodzicami, wycieczki. A na deser produkować tony dokumentów – od pilnowania czy rodzic doniósł zgodę na wyjście do kina po rozbudowane projekty międzynarodowe.  Macie już dość? Spokojnie, to dopiero początek.

Tu zaczyna się dopiero zabawa. W cały ten Armagedon wkraczają rodzice, dorzucając to tej zupy, której garnek i tak nie może już pomieścić, swoje kawałki. Problemy edukacyjne dzieci, to tylko wierzchołek góry lodowej. Pod wodą mieści się cały arsenał wypełniony pod dekiel prochem – wyobrażeniami o szkole sprzed ćwierćwiecza, własnymi nieprzepracowanymi traumami, frustracjami związanymi z rolą rodzica, kompleksami, brakiem kompetencji rodzicielskich, przekonaniami o wychowaniu i kształceniu ukształtowanymi przez domorosłych „specjalistów z internetów”… Beczek z prochem jest naprawdę dużo. Wystarczy iskra, którą może być dosłownie wszystko.  Pół biedy, jeśli mamy do czynienia tylko z jedną górą „na ucznia”. Coraz częściej jednak to są dwie góry, które toczą ze sobą walkę na śmierć i życie, wykorzystując do tego  szkołę. Każde działanie nauczyciela może być wtedy rozdmuchane do granic absurdu, tylko po to, by udowodnić, że druga strona sobie nie radzi. Moja racja jest mojsza. Reszta się nie liczy.

18 godzin? Skandal!

To są sytuacje, które codziennie spadają na barki jednego człowieka. I to nie wybiórczo. Najczęściej wszystkie na raz i to odpowiednio pomnożone. Przyjmijmy optymistyczny wariant  etatu 18 godzin w tygodniu. Nauczyciel zatrudniony na pełen etat w praktyce nie pracuje z jedną grupą uczniów. To zwykle pięć–sześć klas, czyli około 100–150 osób. Pamiętajmy, że każda z nich ma jeszcze rodziców. System edukacji zrobił w ostatnich latach rzecz bardzo ciekawą. Rozszerzył oczekiwania wobec szkoły niemal w nieskończoność, jednocześnie absolutnie nie dbając o zasoby. Efekt jest taki, że nauczyciel coraz częściej staje się jednoosobowym wielozadaniowym centrum interwencyjnym.  

Każdego dnia mierzy się z setkami historii, emocji i potrzeb, które dzieją się równolegle. W tej grupie coraz więcej jest też uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Nie tylko wymagają oni większej uważności i wsparcia, ale często też indywidualizacji materiałów edukacyjnych, ciągłego kontaktu ze specjalistami, dodatkowej dokumentacji. Każda lekcja to dziesiątki sytuacji, które trzeba zobaczyć, zrozumieć i na nie zareagować – szybko i adekwatnie.  Im więcej uczniów potrzebujących wsparcia, tym większy ciężar emocjonalny tej pracy.  Do tego dochodzi jeszcze jeden poziom relacji – z rodzicami. Każdy uczeń to potencjalny kontakt, wiadomość, oczekiwanie, czasem roszczenie. W praktyce oznacza to dziesiątki dodatkowych interakcji, często rozciągniętych poza czas pracy i wymagających natychmiastowej reakcji. Nauczyciel funkcjonuje więc nie tylko w sieci relacji uczniowskich, ale także w nakładającej się na nią sieci relacji z dorosłymi.  Jeden człowiek.

Chory na posterunku

Chociaż  o problemie środowisko nauczycielskie mówi od lat, kolejne rządy nadal zaklinają rzeczywistość i nie podejmują żadnych działań w tym kierunku. Brakuje nawet systemowych, szeroko zakrojonych badań. Tymczasem  uruchomiony rok temu  przez Fundację Twarze Depresji telefon zaufania dla nauczycieli… nie przestaje dzwonić. I to nie jest sygnał, że „pedagodzy sobie nie radzą”. Nie można już tego nazwać „trudnym rokiem”, „zmęczeniem” ani „wypaleniem zawodowym”.  To jest stan, który ma swoją nazwę: DEPRESJA. I nie, nie znika po weekendzie ani po urlopie.  Jest uznawana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za chorobę i  główną przyczynę niesprawności na świecie.  Wymaga profesjonalnego leczenia zarówno farmakologicznego, jak i psychologicznego, ponieważ nieleczona jest chorobą śmiertelną.

I tu robi się naprawdę niewygodnie. 

Prawo sobie, system sobie

Polskie prawo nie mówi, że zdrowie psychiczne jest „ważne”. Ustawa z dnia 19 sierpnia 1994 r. o ochronie zdrowia psychicznego ( Dz.U. 1994 nr 111 poz. 535)  jasno określa, że zdrowie psychiczne jest fundamentalnym dobrem człowieka, a jego ochrona – w tym ochrona praw osób doświadczających zaburzeń – należy do obowiązków państwa. To nie jest  sugestia ani rekomendacja. To OBOWIĄZEK. Równolegle do ustawy istnieją bardzo konkretne zalecenia dotyczące organizacji pracy. Centralny Instytut Ochrony Pracy – Państwowy Instytut Badawczy wskazuje jasno: nie należy przeciążać pracownika, dopuszczać do narastania zaległości ani wymagać pracy na stałych „podwyższonych obrotach”. Obciążenie powinno być możliwe do udźwignięcia, praca przewidywalna, a środowisko wspierające, oparte na szacunku, poczuciu wpływu i realnym wsparciu przełożonego.

A teraz zestawmy to z opisaną wyżej rzeczywistością. Zgrzyta? 

Jeśli zdrowie psychiczne jest dobrem fundamentalnym, a jednocześnie mamy wytyczne mówiące, jak chronić pracownika przed przeciążeniem, to trudno uznać za przypadek fakt, że środowisko pracy nauczyciela spełnia wiele czynników ryzyka, przed którymi te wytyczne ostrzegają. Prawo mówi: chroń zdrowie psychiczne pracownika. Eksperci mówią: nie przeciążaj, dawaj wpływ, zapewnij wsparcie. Praktyka pokazuje: organizujemy pracę dokładnie odwrotnie.

I to już nie jest kwestia tego, czy nauczyciel sobie radzi, lecz  pytanie o spójność państwa z własnymi zobowiązaniami.

To nie problem szkoły

I tu sprawa przestaje być tylko „naszą szkolną”.  Pojawia się bowiem bardzo niewygodne pytanie: co, jeśli państwo tego obowiązku realnie nie wypełnia? Na poziomie europejskim to nie jest już miękki temat. Unia Europejska gwarantuje prawo do ochrony zdrowia i bezpiecznych warunków pracy, także w wymiarze psychicznym. Jeśli więc system pracy – jak w przypadku szkoły –  w praktyce generuje chroniczne przeciążenie, a mechanizmy ochrony są iluzoryczne, można mówić o problemie nie jednostkowym, tylko systemowym. I wtedy pojawia się możliwość skargi. Nie na dyrektora, nie na szkołę, tylko na państwo. Mamy możliwość zwrócenia się do Komisji Europejskiej i oskarżenia państwa za niewłaściwe wdrożenie prawa. Albo dalej – do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, gdy w grę wchodzi naruszenie podstawowych praw.

Koniec udawania

Możemy dalej udawać, że to problem jednostek. Tłumaczyć się, że ktoś „nie wytrzymał”, „nie poradził sobie”, „trafił na trudną klasę”.  Możemy jak zwykle dorzucić kolejne szkolenie o dobrostanie nauczycieli i zamknąć temat. Tylko że ta zupa już dawno wykipiała.  Najwyższy czas przestać stać przy garnku i pilnować, żeby się „jakoś udało”. To „jakoś” ma swoją cenę płaconą zdrowiem, niepełnosprawnością, życiem. Skoro prawo mówi wprost, że ochrona zdrowia należy do obowiązków państwa, to przestajemy być w obszarze próśb. To nie jest kwestia dobrej woli, tylko realizacji zobowiązań.

Nie da się w nieskończoność budować systemu na założeniu, że nauczyciel „jakoś to uniesie”. Nie wolno mówić o bezpieczeństwie psychicznym, organizując pracę w sposób, który to bezpieczeństwo systemowo podważa. To jest moment, w którym trzeba przestać łatać rzeczywistość na własną rękę i swoim kosztem, a  zacząć nazywać rzeczy po imieniu.

Nie: „jest nam trudno”.
Tylko: system narusza warunki, które sam uznaje za konieczne dla ochrony zdrowia psychicznego.

Nie: „potrzebujemy wsparcia”.
Tylko: domagamy się realizacji obowiązków państwa, zapisanych w prawie.

Będzie mi miło jeśli postawisz mi kawę 🙂

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz