Zapytaj: dlaczego?

Założyłam tę stronę, aby pisać o edukacji, o dobrych praktykach, o pomysłach, które mogą kogoś zainspirować. Chciałam skupić się na „pracy u podstaw”, w klasie szkolnej, bo tylko ta praca ma znaczenie. To tu rodzą się relacje, pasje i talenty. To tu człowiek przygotowuje się do swojej życiowej ścieżki. Nie w MENie czy kuratorium, nie dzięki stertom przepisów i nieustającym kontrolom, nie dzięki kretyńskim reformom i egzaminom. To, jaki będzie świat, zależy od nauczyciela, który pomimo ograniczeń, każdego dnia dba o rozwój innych ludzi. Od człowieka, który potrafi lawirować między pomysłami kolejnych decydentów tak, aby pokazać swoim uczniom różnorodność świata i wielość wyborów.


RZĄD DUSZ
Chyba każdy słyszał o fińskim systemie edukacji – najlepszym z europejskich, rozwojowym i otwartym. Ale nie każdy wie, że jest to system WOLNY. Wolny od polityki i odgórnych decyzji.
Tymczasem, tuż po wyborach prezydenckich, w mediach pojawiła się taka wypowiedź jednego z czołowych polityków partii rządzącej:
„Stoi przed nami ogromne wyzwanie. Jeśli my tego teraz nie zrobimy, jeśli nie zajmiemy się edukacją, jeśli nie zajmiemy się sferą nauczania na uniwersytetach, jeśli nie zajmiemy się obszarem mediów, to przegramy bitwę o polskie dusze. I wtedy, kiedy przyjdzie nam słuchać wyników kolejnych wyborów prezydenckich, ten entuzjazm, który dzisiaj był słyszany może zamienić się w smutek i łzy. Tu chodzi o Polskę. Mam, nadzieję, że ten wynik niewielkiej przewagi nad kandydatem Platformy Obywatelskiej, przy świetnym prezydencie, bardzo dobrej prezydenturze, dobrej kampanii, skłoni nas do zmiany akcentów kładzionych na pewne rzeczy i do zasadniczej dyskusji, zwłaszcza w obszarze mediów i sfery edukacji.” [Zbigniew Ziobro, 13.lipca.2020].

Wiecie co? Niezależnie od tego, jaka partia by nie rządziła, takie słowa powinny wywołać alarm społeczny. Określają one jasno miejsce i rolę edukacji. Celem przestaje być rozwój społeczeństwa, kształcenie intelektualnych elit czy po prostu pomoc człowiekowi w odnalezieniu jego własnej ścieżki. Celem są kolejne wybory. I władza nad „duszami” innych ludzi.
Kiedy usłyszałam te słowa, od razu skojarzyły mi się z cytatem z ukochanego przez autorów ostatniej reformy Mickiewicza:
„Ja chcę władzy, daj mi ją, lub wskaż do niej drogę!
O prorokach, dusz władcach, że byli, słyszałem,
I wierzę; lecz co oni mogli, to ja mogę,
Ja chcę mieć władzę, jaką Ty posiadasz,
Ja chcę duszami władać, jak Ty nimi władasz.”
[Wielka Improwizacja, Dziady cz. III]
Zastanawiam się, czy rzeczywiście wszystkim nam, niezależnie od poglądów, o to chodzi? Czy chcemy, żeby nasze dzieci były posłusznymi trybikami wielkiej machiny, którą kieruje kilku zachłannych kolesiów? Czy zależy nam na tym, by nie miały wyboru? Nie miały szans na światowym rynku pracy?
Zanim odpowiecie na moje pytania, przeczytajcie, jak wygląda szkoła z lotu ptaka i jakie są konsekwencje wprowadzonej reformy z perspektywy osoby, która na co dzień zderza się ze skutkami przepisu na „rząd dusz”. Nie musicie się ze mną zgadzać, ale zadajcie sobie jedno pytanie: DLACZEGO?

DLACZEGO GIMNAZJA?
Reforma to przede wszystkim rozbicie w proch gimnazjów, czyli wyspecjalizowanych w pracy z nastolatkami zespołów nauczycielskich i szkół, które odnosiły sukcesy na wielu polach. Jak sądzicie, dlaczego nie zreformowano archaicznej, feudalnej struktury szkoły? Dlaczego nie zastanowiono się, jak zmienić formułę liceów, aby rozwijały kompetencje potrzebne w XXI w. na rynku pracy? Dlaczego reformę przeprowadzono w tempie ekspresowym, bez odpowiednich badań, konsultacji i wbrew opiniom pedagogicznych autorytetów? Dlaczego nie przeznaczono ogromnych pieniędzy z reformy na rozsądne, zgodne z kierunkiem rozwoju świata zmiany? I w końcu, dlaczego gimnazja trafiły pod topór?
Kiedy wchodziła reforma oświaty, wydawało mi się, że miało to związek z nostalgią władzy i jej wyborców do tego, co było. Ale kiedy pochyliłam się nad pytaniem: dlaczego?, zauważyłam drugą stronę medalu – w wieku nastoletnim (sic! gimnazjum) kształtuje się poczucie tożsamości, normy i system wartości. Dodatkowo, czas i struktura gimnazjów dawały dużo przestrzeni na samodzielne działania uczniów, projekty, eksperymenty, poszukiwania, zajęcia dodatkowe, realną dwujęzyczność. Owszem, były klasy i roczniki słabe, ale to normalne w populacji i nie zmienia faktu, że był to poziom dający uczniom przestrzeń do rozwoju i wsparcie doświadczonych pedagogów w trudnym okresie dorastania. Tak, gdybym dążyła do posiadania dusz innych ludzi, zdecydowanie chciałabym kontrolować ten etap.

DLACZEGO TAK PRZEŁADOWANA PODSTAWA PROGRAMOWA?
DLACZEGO ARCHAICZNE LEKTURY?
DLACZEGO ZMIANY W EGZAMINACH?
Kiedy wchodziła reforma, wydawało mi się, że dam radę w klasach 7 i 8 tak ułożyć treści programowe, by nadal czytać z uczniami wartościowe teksty literatury światowej. Już po pierwszym roku przekonałam się, że się nie da, że dzieciaki ze starszych klas podstawówki to inny gatunek niż gimnazjaliści. Otóż, „geniusze” od podstaw programowych wtłoczyli w dwa lata to, co omawialiśmy w trzy i to praktycznie z każdego przedmiotu.Pierwszym symptomem zmiany była dla mnie grupa teatralna. Przez 18 lat spotykałam się z gimbazą w piątki po południu i tworzyliśmy teatr od pomysłu do realizacji. Kiedy pojawił się pierwszy rocznik „zreformowany”, okazało się, że te dzieciaki mają dużo mniejsze umiejętności (kreacyjne, posługiwania się metaforą, ruchu), a poza tym są tak zmęczone tygodniem szkolnym, że nie są w stanie wykrzesać z siebie najmniejszych pokładów kreatywności.
To samo widzę na lekcjach. Zmęczenie, brak koncentracji, niechęć do metod, które wymagają tworzenia, myślenia i zaangażowania. Mam wrażenie, że uczniowie są w nieustającym trybie „PRZETRWAĆ.
Presja egzaminów opartych na lekturach, które nikogo nie interesują, brak czasu na jakąkolwiek inną działalność niż realizacja podstawy programowej, masakrycznie duże prace domowe (by zdążyć z PP przedmiotów ścisłych i jeszcze jakoś to wyćwiczyć) – to rzeczywistość, w jakiej mają się kształtować tożsamość, wartości i poglądy. Jak na razie to rodzą się ciężkie choroby psychiczne. I oczywiście, dużo zależy od nauczycieli i ich metod, ale na wymyślenie, jak to zrobić, by połączyć chore wymagania PP z nauką ważnych umiejętności i postaw, potrzebna jest kreatywność. A ta nie ma szans się uruchomić w świecie, gdzie całe godziny poświęca się na kolejne ankiety od władz wyższych i bieganie ze szkoły do szkoły, by uciułać etat. Nie sądzicie, że to genialne? Wprowadzić dzieciaki w wieku buntu w stan przetrwania i zająć im cały wolny czas pracą ponad siły oraz przyswajaniem informacji, które w 30 sekund można znaleźć w Google.
Czy nadal sądzicie, że wprowadzenie obowiązkowej łaciny i kultury antycznej do szkół średnich to przypadek? Z całą moją miłością do dziedzictwa kultury starożytnej – pojęcie o niej daje szkoła podstawowa i to tu się uczy o wartości i wpływie na tradycję polską. Czy naprawdę osobie ze średnim wykształceniem jest niezbędny taki przedmiot? Czy nie lepiej byłoby wprowadzić obowiązkowo ochronę klimatu czy ekonomię? A może przedmiot o zniekształcaniu informacji w mediach?

DLACZEGO NAUCZYCIELE?
Zeszłoroczny strajk pokazał po raz pierwszy, dokąd zmierza edukacja. Tym na górze, zależy na zachowaniu status quo, a nie rozwoju tej dziedziny. I można tu dyskutować o zasadności podwyżek dla pedagogów, ale postulaty strajkujących były dużo szersze. I dotyczyły m.in. problemów, które opisałam wyżej. Tymczasem, zrobiono wszystko, by jeszcze bardziej podważyć i tak już nadwątlony status pedagogów. Nie zostawiono na nich suchej nitki w mediach państwowych, skłócono z rodzicami i społecznościami lokalnymi. Na efekt nie trzeba było długo czekać – młodzi i ci najbardziej zdolni nauczyciele po prostu odeszli z zawodu. Inni stwierdzili, że skoro tak ich traktuje władza, to oni nie będą się zarzynać dla cudzych bachorów i społeczeństwa, które ich nie szanuje. Najmniej zostało tych, którzy potraktowali to wszystko, jako wyzwanie i zaczęli działać na rzecz zmian w edukacji.
Na tym polu również zadziało się coś wyjątkowego dla „władców dusz”. Przede wszystkim w zawodzie zostali ludzie starsi, przyzwyczajeni do tradycyjnej szkoły i systemu pruskiego. Młodzi odeszli, a nowe pokolenie nauczycieli nie garnie się do zawodu, który nie daje ani prestiżu ani pieniędzy. W zreformowanych szkołach brakuje pracy. Oznacza to, że połowa grona (nauczyciele przedmiotów ścisłych, artystycznych, wf-u, języków obcych), aby mieć etat pracują w kilku szkołach. Rozpadły się przez to zespoły nauczycielskie, jest duża rotacja wśród nauczycieli tych przedmiotów, co wpływa na jakość nauczania. Decyzje władz sparaliżowały tych, którzy mają największy wpływ na umysły młodego pokolenia, tych, którzy pokazują inne myślenie niż to, które dziecko poznaje w domu. Ich działania zakleszczyła biurokracja, brak pewności zawodowej, ogrom odpowiedzialności za realizację absurdalnej PP i, co najważniejsze, upokorzenie i brak nadziei. I tym sposobem mamy legion bezwolnych realizatorów koncepcji „przejęcia kontroli nad światem”.

DLACZEGO RODZICE?
Wprowadzenie ostatniej nowelizacji, która wymaga od dyrektorów szkół zebrania zgód na działalność organizacji pozarządowych od WSZYSTKICH rodziców, jest kolejnym „genialnym” posunięciem. Po pierwsze ogrom biurokracji z tym związany znacząco ochłodzi zapał pedagogów do organizowania jakichkolwiek zajęć rozwijających myślenie o ochronie środowiska, prawach człowieka, demokracji czy profilaktyce. Bo nie wiem, czy wiecie, ale to były główne tematy, z którymi organizacje wchodziły do szkół. Pracuję 20 lat w edukacji i nie pamiętam, aby jakakolwiek organizacja z nami współpracująca chociaż zahaczyła o problem tożsamości płciowej.
Po drugie prawo rodziców do decydowania o zajęciach wprowadza się pod sztandarem obrony dzieci przed „seksualizacją” i „demoralizacją”. Otwiera się więc furtka do konfliktów na poziomie wartości i ideologii, który z definicji będzie polaryzował środowisko szkoły. Stąd już tylko mały kroczek, by emocje rodziców przenieść na poziom dzieci i ich wzajemnych relacji. Mamy gotowy przepis, jak sparaliżować pracę w każdej szkole i jak rozwalić w sposób koncertowy trójkąt edukacyjny nauczyciele – dzieci – rodzice.

Z LOTU PTAKA
Zawsze byłam przeciwniczką mówienia o byciu nauczycielem jak o misji. Twierdziłam, że to zawód jak każdy inny i za każdą dodatkową pracę należy się zapłata. Kiedy ktoś mi wyjeżdżał z misją, mówiłam, że jakbym chciała być „misjonarzem”, to bym kupiła sandałki i pojechała do Afryki. Kiedy przeanalizowałam sobie jednak obecną sytuację i połączyłam te pozornie niezwiązane z sobą działania i wydarzenia, wiem, że czaka nas misja. Nas, wszystkich nauczycieli. Misja takiego kształtowania dusz, by zapanować nad sobą mogły tylko same. Swoimi świadomymi wyborami. Krytycznym myśleniem o świecie. Otwartością na innych.

Dodaj komentarz