Wróżbiarstwo edukacyjne

Polska edukacja to jeden wielki quasi-eksperyment przeprowadzany przez średnio inteligentną małpę. Nasz człekokształtny najczęściej bierze szkołę w swoją łapkę i przekręca ją do góry nogami, z zaciekawieniem obserwując, jak obiekt usiłuje wyjść z chaosu i wrócić do względnej równowagi. Oczywiście, nasza małpa na tym kończy element badawczy. Nie wyciąga wniosków ani nie tworzy dalekosiężnych planów poprawy sytuacji. No bo co to by była za zabawa obserwować rozwijający się system? Lepiej przyglądać się ekstremalnym sytuacjom. Wyobraźcie sobie, że mielibyście oglądać film dokumentalny, nagrany w realistycznym tempie, ukazujący cykl rozwojowy słonecznika od ziarenka do śmierci rośliny. Wiadomo, wszyscy wolimy kino akcji. Tak więc nasza małpa od czasu do czasu potrząsa szkołą, by wprowadzić element całkowicie nieprzewidywalny. Trwa to do momentu, aż inny przedstawiciel gatunku odbierze jej zabawkę i znów postawi wszystko na głowie.

DZIECI WE MGLE
Nieustający chaos. I mimo że nauczyciele, rodzice i uczniowie z całych sił starają się utrzymać równowagę, to i tak poruszają się, jak dzieci we mgle. Nie znają dnia ani godziny kolejnej przewałki systemowej. Brak wniosków, wyników obserwacji, dalekosiężnych planów i ich ewaluacji, powoduje, że wszyscy działamy „na czuja”, nie mając pojęcia, czy kierunek działań ma jakikolwiek sens. Jedyne dane, jakie posiadamy, to własne obserwacje oraz wyniki egzaminów, które tak naprawdę nie mają żadnej wartości. Możemy sobie co najwyżej zobaczyć, czy nasza intuicja mieści się w średniej krajowej. Dlatego też edukacją wciąż rządzą mity, które nie znajdują poparcia w nowoczesnej nauce. Owszem, wielu nauczycieli i rodziców śledzi najnowsze publikacje z psychologii, neurologii czy pedagogiki, ale wciąż brakuje nam badań odnoszących się do zjawisk zachodzących w naszych, polskich realiach i pozwalających np. obiektywnie stwierdzić, który system jest efektywniejszy (6+3+3 czy 8+4). Mnie się wydaje, że ten pierwszy, ale wciąż jest to tylko moja prywatna intuicja. A przecież można to zbadać.

Wiele krajów, których systemy edukacyjne uważane są za wzorcowe, prowadzi systematyczne badania w szkołach. Sprawdza i porównuje się nie tylko wyniki egzaminów, ale przede wszystkim skuteczność nauczania. Bada się poszczególne placówki, porównuje, wyciąga ogólne wnioski i dopiero na ich podstawie wprowadza zmiany systemowe. Specjalnie powołane do tego organizacje badawcze nieustająco monitorują system szkolny pod różnymi kątami. Jednak zrozumienie i wykorzystanie wyników badań naukowych wymaga znacznej wiedzy eksperckiej i nauczyciele, często nie mają do nich dostępu lub nie potrafią przełożyć ich na praktykę nauczania. Dlatego też specjaliści-analitycy tworzą programy badawcze, przeprowadzają analizy i (co najważniejsze) opracowują wyniki tak, aby były one konkretnym narzędziem w pracy nauczycieli. Tak więc nie przekazują szkołom surowych danych (patrz raporty egzaminacyjne w Polsce), ale krótkie, treściwe i czytelne graficznie skrypty potrzebnych nauczycielowi/ rodzicowi informacji i wniosków obejmujących szeroką perspektywę badanego obszaru. Analitycy współpracują z nauczycielami i monitorują te obszary, które pedagodzy zgłaszają jako kluczowe dla ich codziennej pracy. Ponadto badacze wspomagają szkoły w procesie ewaluacji, dostarczając profesjonalnych narzędzi pomiaru, a następnie analizując i interpretując dane.

WRÓŻENIE Z FUSÓW

Moją uwagę szczególnie zwróciły badania dotyczące efektywności metod pracy. W Polsce w tym temacie wciąż wróżymy z fusów i badamy zagadnienie techniką indywidualnych prób i błędów. Mamy ogólną wiedzę o pracy mózgu i na tej podstawie dobieramy techniki pracy, uznając jedne za bardziej skuteczne od innych. Nie mamy żadnych systemowych badań, na których moglibyśmy bazować. A przecież dobrze wiemy, że ta sama metoda może mieć różną skuteczność w różnych klasach, a co dopiero w różnych krajach. Tutaj musimy wziąć pod uwagę przyzwyczajenia, uwarunkowania kulturowe, konstrukcję systemu i wiele innych zmiennych. Tymczasem polscy nauczyciele znów muszą ufać intuicji i obserwacjom, które wcale nie muszą pokazywać prawdy o danej technice nauki. Przenosimy na grunt szkolny mnóstwo ciekawych metod podpatrzonych na zagranicznych stronach internetowych lub przywiezionych w ramach rozmaitych międzynarodowych projektów. Wprowadzamy je w swoich klasach i jesteśmy zachwyceni. Znacie tę sytuację, gdy robicie fantastyczną lekcję, uczniowie się angażują, wszystko śmiga, a gdy przychodzi po jakimś czasie do wykorzystania konkretnej wiedzy, okazuje się, że uczniowie nie ogarnęli tematu i możecie zaczynać od nowa? No właśnie. Metoda, chociaż wydaje się świetna, wcale nie musi być efektywna. Badania nad skutecznością technik nauczania pozwalają uniknąć mielizn i oszczędzić czas, gdyż za każdym razem nie musimy eksperymentować. Jeśli wiemy, że mamy słabą klasę i mało czasu do egzaminów, możemy od razu na podstawie ekspertyz dobrać takie metody, które analitycy uznali za przynoszące największy przyrost wiedzy i umiejętności. Mając takie dane, możemy za każdym razem korzystać z technik najlepszych dla danego zespołu uczniów.

FAKTY I PRZECZUCIA
Ostatnio poszukując materiałów do nowego projektu, natknęłam się na badania brytyjskiej organizacji Education Endowment Foundation dotyczące efektywności metod nauczania. Mimo, iż moja intuicja nauczycielska działa całkiem nieźle, niektóre analizy porządnie mnie zaskoczyły.
Zacznijmy od tematu będącego ostatnio kością niezgody między nauczycielami i rodzicami – prac domowych. Jedni uważają, że jest to skuteczny sposób nauki, inni, że nie przynosi żadnych efektów. Tymczasem brytyjskie badania pokazują, że prace domowe może nie należą do najefektywniejszych metod, ale wpływają pozytywnie na postępy uczniów. Oczywiście, pod pewnym warunkiem – jeśli zadawane są w odpowiedni sposób. Przed wszystkim istnieje zależność między wiekiem uczniów, a skutecznością tej metody. U uczniów szkół podstawowych jest ona mniejsza i ma współczynnik +2. Oznacza to, że uczniowie, którym zadawano prace domowe, przez kolejne 2 miesiące osiągali lepsze wyniki niż ich rówieśnicy uczący się bez zadań pozaszkolnych. Brytyjscy badacze określili wpływ metody jako niewielki. Tymczasem w szkołach średnich ten współczynnik wynosił już +5 (wpływ umiarkowany). Dzięki temu badaniu nauczyciele z Anglii otrzymali informację, jak zadawać prace domowe, by spełniały one swoje funkcje. Jak rady te mają się do polskiej rzeczywistości? Nie wiadomo.

Drugą rzeczą, która bardzo mnie zainteresowała, była analiza metody flipped learning (flipped clasroom). Odwrócone lekcje to technika, która zyskała szerokie zainteresowanie na świecie i w Polsce, jednak dopiero badanie EEF określiło jej skuteczność. Według brytyjskich analityków flipped learning ma…bardzo niewielki wpływ na postęp edukacyjny uczniów (współczynnik +1). Badanie zostało przeprowadzone przy użyciu platformy, umożliwiającej nauczycielom monitorowanie poziomu wiedzy ucznia jeszcze przed spotkaniem w klasie, co oznacza, że pedagog mógł przygotować zajęcia z uwzględnieniem konkretnych trudności uczących się. Mimo tego, efektywność nauczania okazała się bardzo niewielka, mniejsza nawet od skuteczności tradycyjnych prac domowych. Co ciekawe – większość nauczycieli oceniła metodę bardzo pozytywnie! Jak widać – intuicja nie zawsze działa. Oczywiście, wyniki badań nie podważają sensu stosowania odwróconej lekcji jako metody urozmaicającej proces nauki. Musimy mieć jednak świadomość, że nie możemy na niej bazować, jeśli zależy nam na jakości edukacji.

CODZIENNOŚĆ

Niestety, zagraniczne badania nie dają nam odpowiedzi na pytania dręczące polską edukację. Możemy traktować je jako niezbyt precyzyjną wskazówkę do pracy, gdyż nie uwzględniają specyfiki naszego systemu oświaty. Tak naprawdę w swojej pracy nie mamy żadnego punktu odniesienia – ogólnopolskie wyniki egzaminów pojawiają się w momencie, kiedy dzieciaków już nie ma w danej szkole i gdy nic już nie możemy poprawić. Poza tym niezwykle mało nam mówią o samym procesie nauczania. Ewaluacje szkolne robimy sami – bez profesjonalnych narzędzi i umiejętności analizy danych, znów „na czuja”, bez możliwości zestawienia swoich wyników z ogólnopolskimi tendencjami. Pozostaje nam tylko intuicja i zdrowy rozsądek oraz nadzieja, że zgodnie z teorią ewolucji następna małpa będzie już sapiens.

Dodaj komentarz