You are currently viewing Myślenie wymaga oporu

Myślenie wymaga oporu

Trudność - błąd systemu?

Zamieszanie wokół tekstu Lema na egzaminie ósmoklasisty odsłoniło problem większy niż jeden arkusz. To, czy zadanie było za trudne, jest kwestią dyskusyjną. O wiele ważniejsze wydaje mi się to, że coraz częściej projektujemy szkołę tak, jakby każda trudność była błędem systemu, a nie warunkiem koniecznym uczenia się.

Problem nie zaczyna się w momencie, gdy młody człowiek siada do egzaminu i znajduje w arkuszu fragment literacki, którego wcześniej nie analizował. W istocie właśnie na tym polega sens dobrze zaprojektowanego egzaminu –  ma sprawdzać nie zdolność odtwarzania znanych schematów (od tego mamy komputery i AI), lecz umiejętność wykorzystania wiedzy i kompetencji w nowych sytuacjach. Problem w tym, że system edukacyjny coraz częściej usuwa  wszystko, co wymaga intelektualnego wysiłku. Nie ma się więc co dziwić, że uczniowie nie rozwijają kompetencji potrzebnych do samodzielnego myślenia

Pomoc dydaktyczna czy pułapka?

Od kilku lat obserwuję w polskiej edukacji trend do upraszczania pomocy dydaktycznych. I niby nie ma w tym nic złego, bo przecież tego typu narzędzia mają wspomagać uczenie się. Ponadto zmienił się odbiorca treści edukacyjnych i świat, w którym funkcjonujemy. To pociągnęło za sobą potrzebę nowych podręczników, ćwiczeń czy aplikacji edukacyjnych. Coraz więcej pojawia się wokół lektur w pigułce, infografik, map, szablonów i schematów, które w jednym miejscu „wyjaśniają wszystko”.

To zresztą nie jest już tylko kwestia oficjalnych materiałów pomocniczych. Skala zjawiska wyraźnie się zmieniła. Wystarczy zajrzeć na nauczycielskie grupy, platformy edukacyjne czy media społecznościowe, by zobaczyć niemal przemysłową produkcję gotowych zasobów, które mają przybliżyć uczniowi cały materiał w kilku prostych krokach. Dziś ten proces dodatkowo przyspieszyła sztuczna inteligencja. Wystarczy sprawnie napisany prompt, by w kilka sekund wygenerować zestaw ćwiczeń, pytania sprawdzające czy efektowną infografikę. Łączenie AI z edukacją niewątpliwie jest zjawiskiem przełomowym i warto się mu przyglądać. Nie widzę też powodu, by rezygnować z dobrodziejstw technologicznych. Problem zaczyna się tam, gdzie przestajemy sobie zadawać pytanie „po co”?, a tempo tworzenia materiałów zaczynamy utożsamiać z ich jakością edukacyjną.

AI w edukacji nie gwarantuje myślenia

Narzędzie może być bowiem nowoczesne, a logika działania pozostawać całkowicie archaiczna. Jeśli sztuczna inteligencja służy przede wszystkim do szybszego produkowania materiałów służących do uzupełniania luk, rozpoznawania poprawnych odpowiedzi, odtwarzania schematów i mechanicznego dopasowywania treści do klucza, to nie obserwujemy żadnej edukacyjnej innowacji. Widzimy raczej automatyzację modelu, który od lat opiera się na transmisji gotowej wiedzy zamiast rozwijania samodzielnego myślenia. Cyfrowe narzędzie nie czyni praktyki dydaktycznej nowoczesną tylko dlatego, że jest cyfrowe.

Dochodzi do tego jeszcze jedno zjawisko, znacznie subtelniejsze i przez to bardziej niebezpieczne: estetyka zaczyna być mylona z jakością. Pomoc edukacyjna atrakcyjna wizualnie, uporządkowana i sprawiająca wrażenie profesjonalnie zaprojektowanej łatwo budzi zaufanie. Tymczasem dobrze wyglądający materiał może być poznawczo całkowicie pusty. Pytanie, które naprawdę warto tu postawić, brzmi: jaką pracę intelektualną ma wykonać uczeń? Jeśli odpowiedź sprowadza się do uzupełnienia brakujących słów, dopasowania gotowych treści albo rozpoznania poprawnego wzorca, to trudno mówić o rozwijaniu kompetencji. W takiej sytuacji projektujemy nie proces uczenia się, lecz poznawczą zależność od gotowców.

Samodzielne myślenie nie lubi schematów

Uczenie się nie polega na przejęciu skończonego efektu cudzej pracy intelektualnej, lecz na samodzielnym przechodzeniu przez proces poznawczy, który do tego efektu prowadzi. Różnica jest zasadnicza. Nie jest trudno napisać formalnie poprawną rozprawkę, ale już przeprowadzenie czytelnika przez logikę swojego stanowiska stanowi wyzwanie. Można znać interpretację utworu, ale niekoniecznie posiadać kompetencje analityczne. Z perspektywy wyniku krótkoterminowego wszystko może wyglądać dobrze. Z perspektywy rozwoju poznawczego już niekoniecznie.

Nie da się nauczyć interpretowania przez podawanie gotowych wykładni tekstu, tak samo jak nie rozwija się umiejętności argumentowania przez podsuwanie uczniowi gotowych uzasadnień czy całych linii rozumowania. Jeśli pokazujemy mu modelową wypowiedź krok po kroku, nie ćwiczy samodzielnego budowania własnego tekstu. Tam, gdzie zasadnicza praca intelektualna została wykonana wcześniej przez kogoś innego, uczniowi pozostaje co najwyżej rozpoznawanie schematu, odtwarzanie znanych rozwiązań i dopasowywanie ich do przewidywalnych poleceń. To nie jest rozwijanie kompetencji, lecz trening sprawnego powielania cudzych konstrukcji myślowych.

Myślenie w rusztowaniu

W edukacji od dawna wiadomo, że uczniowi potrzebne jest wsparcie, a nie wyręczenie . Temu właśnie służy w dydaktyce koncepcja scaffoldingu, czyli edukacyjnego rusztowania, opisana klasycznie przez Jerome’a Brunera. Chodzi o takie prowadzenie ucznia przez proces uczenia się, które pozwala mu zmierzyć się z zadaniem przekraczającym jego aktualne możliwości, ale jednocześnie stopniowo buduje samodzielność.

Dobry nauczyciel nie wrzuca ucznia od razu na głęboką wodę, nie myli autonomii z pozostawieniem go bez pomocy. Modeluje sposób pracy, porządkuje proces, rozbija złożone zadanie na etapy, pokazuje, jakie pytania warto postawić. Czasem wykonuje z uczniem pierwszy krok interpretacyjny albo pomaga zrozumieć błąd, który może stać się punktem wyjścia do lepszego rozumowania. Istota takiego wsparcia polega jednak na tym, że z czasem staje się ono coraz mniej potrzebne. Rusztowanie nie ma przecież zastąpić budynku, lecz pomóc go wznieść.

Jeśli pomoc staje się trwałą konstrukcją podtrzymującą proces, który nigdy nie doprowadza do realnej samodzielności, przestaje być wsparciem, a zaczyna utrwalać zależność. Nie projektuje się edukacji po to, by uczeń przez kolejne lata funkcjonował wyłącznie dzięki zewnętrznemu wsparciu, lecz po to, by z czasem potrafił myśleć, analizować i budować rozumienie bez obcej ingerencji.

Szkolne ułatwienia

I chyba właśnie tu leży sedno problemu: wiele szkolnych „ułatwień” nie prowadzi ucznia ku większej samodzielności, lecz pozwala mu całkiem dobrze funkcjonować bez konieczności jej rozwijania. Skoro ktoś inny porządkuje, wyjaśnia i podpowiada, odpowiedzialność za sam proces uczenia się łatwo przesuwa się poza ucznia.

Współczesna edukacja coraz częściej zdaje się traktować trudność jak sygnał źle zaprojektowanego procesu, coś, co należy jak najszybciej zneutralizować. Zabieramy uczniowi cały dyskomfort związany z niewiedzą, niepewnością czy intelektualnym wysiłkiem. Jeśli tekst okazuje się wymagający, znika z listy lektur. Gdy uczeń nie wie, od czego zacząć, podsuwamy rozwiązanie, które ma natychmiast obniżyć napięcie. Intencje bywają dobre , ale edukacja, która reaguje na każdą trudność jej eliminowaniem, nie rozwija kompetencji.

Głębsze myślenie a trudności

Proces uczenia się nie przebiega najefektywniej wtedy, gdy wszystko przychodzi łatwo, płynnie i bez oporu. Psychologia poznawcza dość jasno pokazuje, że poczucie łatwości bywa mylące. To, co wydaje się przystępne i natychmiast zrozumiałe, nie zawsze zostaje trwale przyswojone. Znacznie większą wartość poznawczą ma sytuacja, w której uczeń musi coś samodzielnie odtworzyć, porównać, uporządkować, zinterpretować albo zmierzyć się z niejednoznacznością, która wymusza głębsze przetwarzanie informacji.

Robert Bjork i Elizabeth Bjork opisują to zjawisko jako desirable difficulties, czyli „pożądane trudności”. Nie blokują one procesu uczenia się, lecz wzmacniają jego efekty, ponieważ angażują pamięć, uwagę i myślenie na poziomie wykraczającym poza bierne rozpoznawanie wzorców. Nie chodzi więc o pedagogikę frustracji ani o romantyzowanie cierpienia poznawczego, lecz o dojrzałe rozróżnienie między trudnością, która rozwija, a tą, która rzeczywiście przeciąża i odbiera sprawczość. Rolą nauczyciela nie jest eliminowanie każdej przeszkody, ale projektowanie takich warunków, w których uczeń może doświadczyć produktywnego wysiłku, mając jednocześnie wsparcie pozwalające ten wysiłek sensownie udźwignąć

Optymalizacja to jeszcze nie myślenie

Trudność jest dla szkoły dość niewygodnym tematem, gdyż podważa jedno z najbardziej intuicyjnych przekonań dydaktycznych – dobrze jest, gdy nauka idzie łatwo. Wydawać by się mogło, że lekcja, na której wszystko przebiega sprawnie, uczniowie szybko orientują się w schemacie działania, a poprawne odpowiedzi pojawiają się systematycznie, musi być skuteczna. Tymczasem płynność wykonania nie jest tożsama z jakością uczenia się. To, że coś działa szybko, przewidywalnie i bez komplikacji, może równie dobrze oznaczać optymalizację nastawioną na szybki efekt, a nie trwałą zmianę w sposobie myślenia ucznia. Dość łatwo to pomylić, zwłaszcza wtedy, gdy zewnętrzne wskaźniki wyglądają przekonująco

Długotrwałe uczenie się

Podobny mechanizm odsłaniają badania nad praktyką aktywnego wydobywania informacji z pamięci (retrieval practice). Pokazują one, że bierny kontakt z materiałem (nawet wielokrotny) nie uruchamia tych samych procesów poznawczych co samodzielna próba przypomnienia sobie, uporządkowania i wykorzystania wiedzy. Ponowne przeczytanie notatki może dawać złudne poczucie znajomości treści. Dopiero moment, w którym trzeba samodzielnie coś odtworzyć, nazwać, połączyć fakty albo zastosować wiedzę w nowym kontekście, ujawnia rzeczywisty poziom rozumienia. Badania Henry’ego Roedigera i Jeffreya Karpickego pokazywały, że właśnie taki wysiłek poznawczy silniej wspiera długotrwałe uczenie się niż samo powtarzanie materiału.

Szkoła zawsze czegoś uczy

Nie chodzi przy tym o sprowadzanie edukacji do sprawdzania wiedzy. Stawką jest coś znacznie bardziej podstawowego niż sam wynik czy sprawne wykonanie zadania: stworzenie uczniowi przestrzeni do samodzielnej pracy poznawczej. Dopiero wtedy można zobaczyć, co naprawdę rozumie, a co jedynie rozpoznaje jako znajome. Gdzie korzysta z gotowego schematu zamiast budować własne rozumowanie. W których momentach myli skojarzenie z argumentacją, streszczenie z interpretacją, a pamięciowe odtworzenie treści z ich rzeczywistym zrozumieniem. Bez takiego momentu poznawczej konfrontacji nauczyciel otrzymuje tylko informację o tym, na ile sprawnie uczeń porusza się po „rusztowaniach”

Największym błędem nie jest „Lem na egzaminie”, lecz wychowywanie uczniów w przekonaniu, że każda złożoność powinna zostać wcześniej uproszczona, uporządkowana i opatrzona instrukcją obsługi. Zbyt często pytamy wyłącznie o to, jak skuteczniej przygotować ucznia do egzaminu, a zbyt rzadko o to, czy projektujemy edukację wokół realnego rozwoju kompetencjiz. Szkoła zawsze czegoś uczy. Pytanie tylko, czy myślenia, czy sprawnego funkcjonowania w cudzych schematach.

To jeden z powodów, dla których w pracy z nauczycielami i zespołami edukacyjnymi coraz częściej wracam do pytania nie o to, jak uprościć materiał, ale jak zaprojektować takie wsparcie, które prowadzi ucznia do większej samodzielności. Dobra edukacja nie polega na tym, że uczeń nigdy się nie gubi, ale na tym, że umie odnajdywać drogę.

Jeśli ten wpis był dla Ciebie ważny

Jeśli po lekturze tego tekstu masz poczucie, że ktoś nazwał coś, co od dawna chodziło Ci po głowie – możesz postawić mi symboliczną kawę.
To drobny gest, który pomaga mi tworzyć kolejne teksty dla osób, które chcą myśleć o edukacji mądrzej, odważniej i bez uproszczeń

Postaw kawę dla Edukacja 4.0 na buycoffee.to

Dodaj komentarz