Zwinne portfolio

Wiosna przywitała nas iście po królewsku – koronawirusem. Trzeba być Rządem „Najświętszej RP”, aby naiwnie wierzyć, że wirus skutecznie zmniejszający zaludnienie na świecie, ni stąd ni zowąd podziękuje nam grzecznie za uwagę i oddali się, machając czule chusteczką na pożegnanie. Nasi decydenci przez całe lato radośnie, beztrosko wierzyli w Opatrzność i moc Madonny Jasnogórskiej, która miała zapewne wytoczyć swój majestat i obronić nas przed potopem bakcyla. Nie wyszło, a zima „znów zaskoczyła drogowców”. Ponieważ nigdy nie miałam aż tak rozbudowanej kompetencji naiwności, by zasiadać w ławach ministerialnych, wykorzystałam czas względnego spokoju na opracowanie techniki pracy na okres ewentualnego lockdownu.
Zastanawiałam się nad narzędziem, które wspomoże moją wizję elastycznej edukacji. Chciałam jak najwięcej odpowiedzialności za proces nauki przenieść na ucznia, odejść od ocen i jednocześnie utrzymać wysoki poziom nauczania, kładący nacisk na kompetencje takie jak krytyczne myślenie, analiza, wnioskowanie itp. Z drugiej strony wiedziałam, że muszę wypracować sposób pracy, który w każdej chwili, bez zbędnych zaburzeń będzie mógł być zastosowany on line. I co ważne – nadal będzie spełniał swoją rolę.
Kolejnym kryterium było narzędzie. Tutaj nie miałam zbyt dużego wyboru. Całe miasto pracuje odgórnie na Office 365, więc problem rozwiązał się sam. W sumie bardzo dobrze, bo system jest fajny, kompatybilny z wieloma aplikacjami i ciągle rozwijany. Dla mnie to podwójnie dobre rozwiązanie, o mogę korzystać ze wszystkich dobrodziejstw bycia MIEE 😉 [pisałam o tym tutaj]

INSPIRACJA
Dość długo szukałam pomysłu na to, jak połączyć naukę stacjonarną i on line w taki sposób, aby narzędzia zdalne wspierały to, na czym w uczeniu zależy mi najbardziej – umiejętność uczenia się, planowania, wyszukiwania informacji, wykorzystywania błędów. W jaki sposób używać dostępne aplikacje, aby uczniowie zrozumieli, że nauka to nie tylko ZZZ [zakuć, zaliczyć, zapomnieć]. Trochę nieoczekiwanie inspirację znalazłam na blogu 622 pomysły na lekcje języka polskiego i w webinarach Natalii Bielawskiej. Natalia w swoich artykułach, podczas konferencji i spotkań propaguje nauczanie bez ocen. Zaczęłam się więc zastanawiać, na ile jej rozwiązania są realne do wprowadzenia w zwyczajnej, systemowej szkole. Trochę ze sobą o tym rozmawiałyśmy, prześledziłam dokładnie metodę leniwca, sposób wystawiania ocen końcowych, przemnożyłam to przez swoje możliwości czasowe, realia pracy oraz dostępne narzędzia i… wpadłam na pomysł portfolio.

PORTFOLIO
Powiecie „nic nowego”. Oczywiście. Metoda portfolio wdarła się w polską edukację wraz z boomem na tzw. metody aktywizujące. Mnie zawsze analogowa wersja teczki tematycznej przerastała. Niezbyt lubię tę metodę, jako sposób na zbieranie materiałów do lekcji, a efekt prowadzenia przez dzieci swoich segregatorów osiągnięć – łatwo przewidzieć, patrząc na uczniowskie zeszyty. Nie mam cierpliwości ani siły na kopanie się z koniem. Jednak, gdy poznałam możliwości One Note i Teams, od razu pomyślałam właśnie o metodzie teczki uczniowskiej. A gdyby tak każdy uczeń miał swój katalog, w którym znajdowałyby się „dowody” jego nauki? A gdyby tak połączyć to z jakimś fajnym systemem oceniania? A gdyby dać uczniom pole do doświadczania samodzielności i analizy swoich działań? Już wiedziałam, że ten rok będzie eksperymentalny.

W REALU – pierwsze kroki
Zaczęłam od trzech ważnych aspektów. Po pierwsze musiałam przekonać dyrektora, aby zgodził się na to, że klasa, którą prowadzę nie będzie oceniana cyfrowo. Oczywiście się nie zgodził, ale pozwolił mi na minimalną liczbę ocen zapisaną w WSO, czyli 3 w semestrze. Z początku się zjeżyłam, ale później dotarło do mnie, że to wcale nie jest takie głupie. Wrzucanie dzieci wprost z systemu „zamordyzmu” w system bez ocen mogłoby wywołać szok organizmu. Tym bardziej, jeśli wszyscy inni nauczyciele pracują metodyką opresyjną.
Po drugie trzeba było przekonać rodziców. Uuuu…i tu się zaczęły schody. To były długie godziny rozmów, wymiany mailowej, spotkań on line, zanim udało się przekonać opiekunów, że to dużo lepszy system niż stanie nad dziećmi z batem i ciągłe kontrolowanie. Największym wyzwaniem było przygotowanie rodziców na wrześniową porażkę ich pociech. Pewne było, że uczniowie spuszczeni ze smyczy pognają na niwy wolności i zawalą 1. miesiąc nauki.
Po trzecie musiałam przygotować uczniów na rewolucyjną zmianę. Co prawda moje klasy są przyzwyczajone do różnych dziwnych pomysłów, ale ten nawet ich zaskoczył. Początek roku wykorzystałam na lekcje o nowym sposobie pracy. Zaczęliśmy od zastanawiania się, czy ludzie rzeczywiście nie lubią pracować a dzieci się uczyć. Co nas motywuje, a co demotywuje? Jak dobrze wyznaczać cele? Co robić, gdy nam się nie chce? Uczniowie pracowali z tekstem, wyszukiwali informacje, uczyli się metody SMART i precyzyjnego wyznaczania celów. To był też czas na opanowanie Teamsów i rozwiązanie trudności technicznych.

BYĆ JAK ROBIN HOOD
Jak wiecie, w Notesie Zajęć w Teamsach, każdy uczeń ma swoją zakładkę. U mnie jednym z katalogów w tej przestrzeni jest PORTFOLIO, podzielone na miesiące nauki. Do trzeciego dnia każdego miesiąca uczeń ma za zadanie…zostać Robin Hoodem i znaleźć swój cel na najbliższy miesiąc. Niektórzy wybierają cele związane z bieżącymi lekcjami, inni z zagadnieniami, które chcą powtórzyć (np. do egzaminu). Sprawdzam propozycje uczniów i ewentualnie je koryguję, ale na zasadach coachingowych, tzn. zadaję uczniowi pytania. To uczeń sam podejmuje decyzję, czy doprecyzuje/ zmieni cel czy nie.
W procesie uczenia SIĘ odwróciłam role ucznia i nauczyciela. To uczeń ma udowodnić, że umie i pracuje nad swoim rozwojem. Dzieci wiedzą, że to od nich zależy, czy trafią w środek tarczy. To oni trzymają łuk, a ja tylko jestem trenerem, który co najwyżej decyduje, czy załapią się do reprezentacji. Moja ocena nie polega jednak na zrobieniu sprawdzianu ze strzelania do celu, lecz na podsumowaniu miesięcznej pracy ucznia. Oznacza to, że ma on pełną kontrolę nad swoją oceną i decyduje, czy pracuje nad poprawą swoich umiejętności czy liczy na łut szczęścia.

DROGA DO CELU
Niezależnie, czy lekcje są stacjonarne czy on line służą do realizacji materiału i wstępnych ćwiczeń z danego zagadnienia. Wszyscy wiemy, że na zajęciach nie da się wyćwiczyć umiejętności u każdego dziecka w tym samym czasie. Zdajemy sobie także sprawę, jakim koszmarem są prace domowe. Z drugiej jednak strony – nie ma cudów, nową wiedzę trzeba utrwalić. Jak to wszystko realnie połączyć?
Wprowadzając portfolio zrezygnowałam całkowicie z prac domowych. Jedyne, co uczniowie mają zadane, to samodzielne, aktywne czytanie lektur oraz przygotowanie się do pisemnego sprawdzianu na koniec miesiąca. Wiedzą także, że po 30 dniach będą rozliczani z systematycznej pracy na portfolio. U mnie wygląda to tak, że uczniowie uzupełniają ankietę, na jej podstawie wystawiają sobie procentową samoocenę i formułują wnioski dotyczące dalszej nauki.
W katalogu Biblioteka Zawartości znajduje się folder ZADANIA. Wrzucam tam różne ćwiczenia dla uczniów. Są one bardzo różnorodne, zaczynając od zadań do konkretnych tematów lekcji (klasyczne prace domowe na utrwalenie materiału), przez zadania egzaminacyjne, tematy wypracowań, po zadania projektowe, czy udział w webinarach. Uczniowie mają obowiązek zrobić dwa zadania w tygodniu. Kiedy zaplanują sobie pracę, jakie zadania wybiorą i ile ich zrobią maksymalnie – zależy tylko od nich. Ja wchodzę do ich katalogów raz w tygodniu i piszę informację zwrotną na temat wykonanych zadań. Są uczniowie, którzy wysyłają mi info, że coś wstawili i proszą o sprawdzenie. Wtedy oceniam na bieżąco. I znów zostawiam uczniowi wybór – poprawia zadania wg sugestii albo nie. Ma jednak świadomość, że jednym z kryteriów samooceny jest reakcja na informacje zwrotne. Jeśli uczeń nie poprawił zadania, ale następnym razem nie zrobił już podobnego błędu – nie ma sprawy. Jednak jeżeli dziecko nie ćwiczy i wciąż myli się w tych samych rzeczach – są konsekwencje.
Podczas pracy nad materiałem bieżącym uczniowie piszą kartkówki i otrzymują tylko informację zwrotną. Swoje poprawione prace wraz z IZ skanują i wstawiają do portfolio. I znów jest wybór: poprawiają lub nie.

OCENA
Mnie najbardziej przekonuje w tym systemie fakt, że ocena [nawet ta nieszczęsna cyferka] zależy tylko od ucznia i jego pracy. Odpada nam także kilka nauczycielskich problemów: a) różnicowanie poziomu i indywidualizacja nauczania b) problem pracowitych, ale słabiutkich uczniów, którzy przy heroicznym wysiłku nie są w stanie wychylić nosa ponad ocenę dopuszczającą c) trudności z tzw. zdolnymi leniami d) poprawianie ocen na 10 min. przed radą klasyfikacyjną.
Portfolio to system naczyń połączonych. Jeżeli uczeń nie prowadzi swojej dokumentacji, nie robi zadań, nie poprawia kartkówek, nie ma opcji, żeby napisał dobrze miesięczny sprawdzian. Nie otrzyma też wysokich not za samoocenę, gdyż w kryteriach sukcesu jest mocno zaakcentowana praca z portfolio. Sumując, ocena będzie niska, a nam żaden rodzic nie zarzuci, że „uwzięliśmy się na dziecko”. Czarno na białym mamy pełne zaangażowanie delikwenta w naukę.
Z drugiej strony, jeśli mamy dziecko pracowite, ale takie, które nie jest w stanie poprawnie napisać sprawdzianu, ma ono szanse na dobry stopień. Poza tym systematyczna praca i stosowanie się do uwag nauczyciela nawet w „beznadziejnych” przypadkach daje efekty [sprawdziłam!].

OCZAMI PRAKTYKA
1. Metoda portfolio jest dość pracochłonna dla nauczyciela. Kiedy zaczynałam, miałam obawy, czy dam radę. Dość szybko okazało się jednak, że dużo czynności przy portfoliach wykonują samodzielnie dzieci. Poza tym znacząco obniżyła się liczba sprawdzianów, kartkówek, poprawek itp. I co najfajniejsze, można tu wykorzystać ocenę koleżeńską :). Z portfolio jest trochę zabawy, ale nie aż tyle, żeby człowieka zasypało.

2. Działa cuda. Po pierwszym miesiącu, kiedy to uczniowie zachłystnęli się wolnością i pozornym brakiem obowiązków, zderzenie z samooceną było miażdżące. Tu się nie dało schować za tekstem „uczyłem się”, „miałem słaby dzień”, „pani się uwzięła”. Trzeba było stanąć przed rodzicem z jedynką w Librusie i spojrzeć prawdzie w oczy – „nie zrobiłem nić, aby mieć lepsza ocenę”.

3. Uprzedzając pytanie, tak, system działa też w szkole, gdzie z zasady nie ma ocen. Po prostu widać, czy dzieciak pracuje czy tylko udaje. I tu nasza rola się kończy. Jeżeli rodzić uważa, że szkoła ma dać świadectwo i nie zawracać d…, jego biznes. Nie walczymy z wiatrakami. Jeśli natomiast zależy mu na wykształceniu dziecka, uwierzcie, że zastosuje mało subtelne metody wychowawcze 😉 .

4. W prezentowanej metodzie, jak w każdej innej, ważna jest żelazna konsekwencja. Musimy przetrwać czas buntu dzieci, awantur rodziców, pogodzić się (jeśli stawiamy oceny), że początkowo będzie armagedon.

5. Po dwóch miesiącach mogę śmiało napisać, że nie zrezygnuję z tej metody, mimo iż część moich uczniów ma już dwie gołe jedynki, bez szans „na zaliczenie” ich wykonanym na kolanie plakacikiem . Postęp, który przez dwa miesiące zrobili pozostali jest niesamowity i wart tej ceny.

6. Ze spokojem przyjęłam lockdown i krótsze lekcje. Ci uczniowie, którym zależy (jest ich naprawdę wielu), edukacyjnie dużo nie stracą. Myślę, że wręcz przeciwnie. Mniej zajęć, brak dojazdów, to więcej czasu na… robienie zadań. To efekt dwóch tygodni zdalnego nauczania – mam zdecydowanie więcej do sprawdzania 😀

Jeśli macie pytania, piszcie do mnie komentarze lub na fb. Chętnie Wam coś podpowiem

ZAPRASZAM WAS NA PEŁEN INSPIRACJI 
BLOG NATALII

Ten post ma jeden komentarz

  1. Aneta

    Dzień dobry:)
    Mam mocno kreatywną klasę, żadnego „kujona”, uczyć się nie chcą…. Portfolio mnie bardzo zainteresowało, myślę że mogę to u siebie zainicjować. Od września moja klasa będzie ósmą, polski trzeba napisać, i tutaj widzę szansę dla nich. Żeby jednak ją im dać, sama muszę umieć 🙂 Pytanie i prośbę zarazem ślę o detale typu, jak wygląda umowa współpracy, regulamin, terminy itd. Będę bardzo wdzięczna:) Aneta

Dodaj komentarz