Bańka.

Moja piękna bańka

Bańka edukacyjna. Słyszeliście o niej? Nawet jeśli nie, na pewno jej doświadczacie każdego dnia. Wspomniana bańka to bowiem nic innego, jak obraz edukacji, który tworzymy na podstawie indywidualnych doświadczeń. Jeśli np. pracujecie wśród kreatywnych nauczycieli, stosujących nowoczesne metody nauczania, takie zachowanie wydaje wam się standardem. Jeśli przebywacie w grupie osób, mających podobny jak wy pogląd na edukację, zakładacie, że jest to powszechny sposób postrzegania zagadnienia.  Moja bańka jest bardzo kolorowa. Przede wszystkim sporo w niej kreatywności. Nie pracuję wg podręcznika, podstawę programową traktuję z pewną nonszalancją, eksperymentuję i poszukuję nowinek. Jest dla mnie całkowicie oczywiste, że na lekcji nauczyciela powinno być jak najmniej, a uczeń przede wszystkim powinien rozwijać potrzebne w życiu kompetencje i rozumieć zagadnienia.  Oceny traktuję jako zło konieczne i nie bardzo zawracam sobie głowę kolejnymi surrealistycznymi pomysłami ministerstwa. Ponieważ od dawna sama decyduję, w jakich obszarach chcę się rozwijać, podczas rozmaitych szkoleń i konferencji spotykam ludzi o podobnym podejściu. Nic więc dziwnego, że moja wizja edukacyjnego świata jest, delikatnie mówiąc, całkowicie odjechana od rzeczywistości.  

Poza bańką

Ostatnie zmiany w życiu sprawiły, że wypadłam ze swojej bańki. Jakież było moje zdziwienie, że edukacja wcale nie wygląda tak, jak mi się wydawało, a to, co robię każdego dnia, o czym czytam i dyskutuję ze znajomymi wcale nie jest standardem.  Nazwałabym to raczej sporą dawką szkolnej ekscentryczności. Powiem wam, że w pierwszej chwili aż trudno mi było uwierzyć w to, co znalazłam poza bańką. Kiedy jednak krok po kroku zaczęłam przyglądać się temu pozabańkowemu światu, ogarnął mnie smutek. Pojawiła się także refleksja, że bardzo daleko nam jeszcze do normalności.

PZO

Idę na lekcję. Oczywiście ze swoim ulubionym kubkiem w dłoni. Zaczynamy pierwsze zajęcia. Proponuję uczniom wspólne tworzenie tzw. PZO [przedmiotowych zasad oceniania]. Są zaskoczeni Jak to pani ich nie poda? Normalnie. Jeszcze ich nie ma. Bo przecież normalne jest, że PZO to umowa dwustronna, a nie ogłoszenie bulli papieskiej. Trach! Bańka pęka i ukazuje rzeczywistość szkoły. Całkowity brak dialogu. Przecieram oczy ze zdziwienia, szczypię się w nadgarstek, by upewnić się, że to nie sen. Nie. Mam przed sobą grupę inteligentnych, prawie pełnoletnich ludzi, którzy mają problem z określeniem, jakie zasady będą im służyły podczas godzin nauki w szkole.  Proponuję proste ćwiczenie w nadziei, że blokada puści i uda nam się określić jakieś sensowne ramy współpracy. Uczniowie pracują. Po chwili na tablicy zaczynają pojawiać się „sklerotki” z propozycjami zasad. Analizujemy… 

Okazuje się, że zapisem pojawiającym się najczęściej, jest prośba o możliwość…napicia się wody na lekcji. Ponownie oczy robią mi się kwadratowe ze zdziwienia, patrzę z pewnym onieśmieleniem na swój kubek i zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno nie trafiłam do jakiejś jednostki penitencjarnej.  Moje wątpliwości się pogłębiają, kiedy w pozostałych klasach kwestia wody wraca jak bumerang. 

Opisani liczbami

Kolejne zderzenia z rzeczywistością wcale nie są mniej spektakularne. Przechodzimy do kwestii ocen. Mówię uczniom, że najchętniej nie stawiałabym stopni, ale ponieważ statut szkoły mnie do tego zobowiązuje, zastosujemy samoocenę. Szok. Ale jak to? Postawi mi pani szóstkę, jeśli tak się ocenię, nawet jak nie będę umiał? Tak. Postawię.  A co to zmieni? Rozmawiamy. Okazuje się, że uzyskanie „szóstki” jest właściwie nierealne. Aby zdobyć ten upragniony numerek, trzeba mieć nie tylko idealnie zrobione zadania obligatoryjne, ale jeszcze zrobić dodatkowe zadanie (na 6). Na większości przedmiotów nie można dostać 6 za kartkówkę, za to jedynki sypią się lawiną za każdą pierdołę. A myślałam, że opowieść o tym, że szóstka jest dla Boga, piątka dla nauczyciela, a od czwórki zaczynają się oceny dla ucznia, to już tylko głupawy żarcik. O naiwności…

Na lekcji okazuje się, że P. nie ma tekstu lektury. Chłopak szybko się ogarnia, robi kilka zdjęć telefonem i czynnie łącza się w pracę nad tekstem. Po lekcji podchodzi do mnie i zaczyna przepraszać za swoje zachowanie. Patrzę na niego jakby co najmniej miał czułki i chitynowy pancerzyk. O co chodzi? Przecież każdemu może się zdarzyć o czymś zapomnieć, a P. rozwiązał swój problem i aktywnie uczestniczył w lekcji. Skąd ta cała szopka?  Czy wstawi mi pani punkty ujemne z zachowania? – pada w końcu pytanie, a mnie szczęka opada z hukiem na podłogę. Stoi przede mną dorosły człowiek, który stresuje się jakimiś punktami ujemnymi za to, że zostawił książkę na biurku? Śnię?  Nie. Tak wygląda świat poza moją bańką. 

 

Zamiast podsumowania

Chciałabym na zakończenie napisać coś  optymistycznego, jednak nie potrafię. Wyściubienie nosa ze swojej banki niestety uruchamia refleksję. Przede wszystkim pozwala dostrzec, jak daleko nam jeszcze do standardów edukacyjnych na miarę  XXIw. Ponadto uświadamia, jak wiele prawdy jest w różnego typu opowieściach o szkole krążących w mediach społecznościowych. Pokazuje, że w szkole wciąż rządzą przypadkowość i rutyna, a nauczyciele – no cóż – wciąż próbują budować swój „autorytet” siłą.  W Takim kontekście przestaje dziwić i bulwersować, że zawód nauczyciela nie należy do prestiżowych. 

Dodaj komentarz